Rozstanie - czy może się obyć bez cierpienia?

Spotykamy się, jesteśmy razem, blisko, bliżej. Ale coś się dzieje, uczucia się wypalają, nachodzi pora rozstania - najczęściej ktoś zostaje porzucony, ktoś odchodzi. Czy rozstanie może się obyć bez cierpienia?

Maria Pawlikowska Jasnorzewska od pierwszego męża odeszła sama. Drugi mąż był miłością jej życia, nie mogła wybaczyć, gdy ją zdradził, choć rozstanie też było bardzo trudne. Napisała wtedy "Nie widziałam cię już od miesiąca.
I nic, Jestem może bledsza, 
trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,
lecz widać można żyć bez powietrza!"
W końcu spotkała trzeciego męża.
W życiu wciąż spotykamy i rozstajemy się - z ideami, pasjami, celami, osobami, sensem życia. Najpierw jest zetknięcie się, zbliżenie, bycie ze sobą, trwanie w relacji. Pojawiają się satysfakcje i trudności w relacji, które z czasem rosną. Wtedy przychodzi rozstanie. Zdarzają się powroty.
Wydaje się, że albo my spotykamy kogoś, albo coś spotyka nas. Spotykamy kogoś ważnego, co powoduje narodziny emocji, powstanie akcji i działania. Gdy spotyka nas coś, jesteśmy raczej bierną stroną zdarzenia - z reguły jest to zdarzenie nieoczekiwane, niechciane. Ponieważ dla większości ludzi najważniejsze są spotkania z ludźmi, o których myślą, że dzięki nim ich życie nabierze barw, sensu, przyjemności; rozstania z tymi ludźmi należą do najtrudniejszych, bez względu na to, czy rozstanie było naszą decyzją, czy też decyzją podjętą bez udziału naszej woli. Zdarza się także, że rozstania są pożądane, przyjmowane z ulgą, nawet z radością - wyobraźmy sobie ofiarę przemocy, która wychodzi z przemocowego związku. Często jednak, nawet takie "chciane" rozstania są trudne, z uwagi na to, że stają się rozstaniem z częścią samego siebie, własnymi nadziejami, marzeniami, naiwnością. Doświadczamy osamotnienia, tak jak ofiara przemocy domowej, która z jednej strony chce uciec od sprawcy, z drugiej strony boi się, że nie poradzi sobie w życiu bez niego, bo widzi go jako silnego, zaradnego, zupełne przeciwieństwo siebie.
Warto rozróżnić opcję "tego, który odchodzi" i "tego, który zostaje", gdyż rzadko są to opcje zbieżne. Kto porzuca aktywnie i z własnej woli, najczęściej doświadcza ulgi, choć graniczącej z dylematami sumienia. Może mieć poczucie winy, które wynika ze zdrady własnych zasad moralnych, życiowych lub świadomości cierpienia drugiej osoby. Zdarza się wtedy bardzo często, że odchodzący całą "winę" i odpowiedzialność za rozstanie zrzuca na barki osoby porzucanej, usprawiedliwiając się w ten sposób i szukając wsparcia dla swojego postępowania. Porzuceni zaś, nieraz gwałtownie i dramatycznie - potrzebują pomocy i wsparcia. Może pojawić się wstyd za porzucenie, poczucie winy, może to stać się na jakiś czas osobistym dramatem, często niemającym nic wspólnego z tzw. zdrowym rozsądkiem. Jednak większość osób, nawet jeśli poczucie winy jest uprawnione i stosunkowo silne, radzi sobie z nim całkiem dobrze i nie traci całego dalszego życia na żal i cierpienie po stracie.
Rozstanie bywają bardziej i mniej godziwe, jest ich wiele form, choć istnieją pewne wzorce. Pierwsze z nich, charakteryzujące osoby niedojrzałe lub/i lękowe, niezdolne do konfrontacji, to rozstania poprzez ucieczkę. Drugi rodzaj rozstań to rozstania przez perswazję, kiedy odchodzący przekonuje partnera, który wbrew woli zostaje sam, że posunięcie jest dla niego (lub dla obojga) dobre. Trzeci wzorzec rozstania to rozstanie poprzez niszczenie, forma radykalna i okrutna, która  prowadzi najczęściej do traumy osoby porzuconej. Ostatecznie jest niszczeniem siebie, w tym własnej godności. Jaką formę przybierze rozstanie, zależy od dojrzałości osób, szacunku do siebie i drugiej osoby, z którą się rozstajemy, odpowiedzialności i rozumienia zdarzenia w sposób głębszy niż myślenie zero-jedynkowe.

Oparłam się na tekście Wandy Sztander-Trabert "Spotkanie z rozstaniem" w "Od pierwszej randki do ostatniej rozprawy" Wyd. Charaktery

Komentarze

Prześlij komentarz