Najtrudniejsza rzecz - odpowiednie dać rzeczy słowo

Przemyśleń ostatnio mam bardzo dużo, ale niestety nie potrafię powtórzyć toku myślenia. Generalnie wspominałam sobie ostatnio swój spacer (ten, który rozpoczął moja chorobę) w zielonych kaloszach w stokrotki i starym, przerabianym płaszczu, który kupiłam sobie za dwa studenckie stypendia na jednej z głównych ulic w Katowicach. To był czas okropnego wewnętrznego napięcia wewnętrznego, taki osobisty „Sturm- und Drangperiode”. Kalosze wybrałam dlatego, że identyczną parę posłałam komuś w świat na szczęście, a płaszcz – pierwszy porządny ciuch za pieniądze zdobyte własnym nakładem sił. Z tego miejsca korzystając okazji chciałam podziękować rodzicom, w szczególności mojej mamie, którzy włożyli ogromny trud w moją edukację tylko po to, żebym mogła realizować, co mi się tylko w głowie usrało.
Podczas tego spaceru doszło do samorozmowy – nie jakieś tam głosy z wnętrza głowy, jak twierdzi eksmąż, tylko po prostu szłam przez las kierując się słońcem padającym na zielone kolory, zadawałam sobie  myślach pytania i próbowałam znaleźć na nie odpowiedzi. Generalnie wyszło mi, że mieszkam na krawędzi dwóch światów (co się poniekąd zgadza z rzeczywistością), jestem osieroconą córką księdza, do tego jednocześnie swoją matką i ojcem, dom został wybudowany na starym poniemieckim cmentarzu i doszłam do takiego etapu w życiu, kiedy została ze mnie pusta, plastikowa butelka, nabita na patyk do góry dnem – w taki sposób, że nic już się w niej nie zatrzyma; wszystko, co jakimś cudem dostałoby się do środka, po prostu zgodnie z prawami fizyki wypłynęłoby na ziemię w lesie. Las się skończył, wydało mi się, że widzę w oddali góry Dolnego Śląska – to był efekt studiowania bloga Kurki Domowej. Potem postałam chwilę na łące, ale mój „pociąg życia” (był taki film) nie nadjechał, postanowiłam więc zawrócić. Wyszłam z lasu na przystanek autobusowy, czekałam kilkanaście minut, nawet podjechał policyjny patrol, policjantka otaksowała mnie wzrokiem, ale siedziałam sobie na ławce cicho i spokojnie, więc po chwili patrol odjechał. Wsiadłam  w drugi odjeżdżający autobus. W kieszeni znalazłam jeden grosz oblepiony landrynką, pomyślałam więc, że za tę podróż zapłacę tym jednym groszem. Rzuciłam go na podłogę autobusu i wydało mi się, że w ten sposób zostawiam za sobą ślad moich emocji. Wysiadłam na Stradomiu, czy może było to Trzech Wieszczy, przeszłam spacerkiem między blokami i na żółtej skrzynce gazowej zostawiłam malutką, czarną figurkę pieska – wydało mi się, że w ten sposób zostawiam ślad dawnemu koledze ze szkolnej ławki, który obecnie pracuje w Gazowni. Doszłam do dworca, na szczęście nieczynnego, bo gdyby było inaczej, pewnie wsiadłbym do pierwszego lepszego pociągu, a moja matka, która robi od ręki rzeczy niemożliwe, do dzisiaj szukałaby mnie programami typu „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”. Bóg mnie jednak nie opuścił wtedy.  Kiedy już ochłonęłam, doszłam do wniosku, że muszę wrócić do domu pieszo, bo przecież nie miałam żadnych pieniędzy na autobus. Do dziś się zastanawiam, czy jako taka uczciwość to cecha wrodzona czy nabyta w drodze wychowania – korzenie mam iście piekielne, ojciec – emerytowany policjant-milicjant, matka – obecnie emerytowana urzędniczka urzędu kontroli skarbowej (a przydomek miała tam chyba „Bulterier”).
A dziś pomyślałam sobie, że Bóg też dojrzewał bardzo wolno jako człowiek. Najpierw uroiło mu się, że kolejne siedem pokoleń będzie cierpieć za grzechy ojców, by wreszcie po latach świetlnych zmienić przekonania i uznać, że każdy człowiek jest odpowiedzialny za własne postępowanie. Mojżesz zaś był niezwykle mądrym człowiekiem, na pewno doskonale znał drogę „z domu niewoli”, tylko prowadzał tych nieszczęsnych ludzi czterdzieści lat przez pustynię, żeby wymarły pokolenia niewolników i narodzili się nowi ludzie, potrafiący właściwie korzystać z wolności. I wcale nie znaczy to, że nocami studiuję Pismo Święte, po prostu kilka rzeczy zostało w głowie po tych latach, kiedy religia była prowadzona w przykościelnych salkach katechetycznych. Trochę mi katecheta głowę raz zmył, że poczytałam sobie „Gdy słońce było Bogiem”, ale przecież książka stała w domu na półce i każdy mógł po nią sięgnąć. Później, kiedy byłam starsza i przygotowania do egzaminu przed bierzmowaniem miały zakończyć się ustnym egzaminem –  oczywiście nie byłam zbytnio przygotowana – więc ze strachu zapytałam księdza, jak to się stało, że Maryja urodziła Jezusa i nadal pozostała dziewicą. Nie uzyskałam odpowiedzi, ale egzamin zdałam. Po latach wytłumaczyłam sobie, że przecież teoretycznie wcale nie mogło być to trudne.  Ne doszło do „pełnego stosunku”, jednak nasienie jakoś dostało się do środka, a potem po prostu Maryja miała cesarskie cięcie. Jedną z niewielu rzeczy, którą zapamiętałam z lekcji religii prowadzonej już w szkole było pytanie z klasówki: „Ile dzieci powinno być w katolickiej rodzinie?” Prawidłowa odpowiedź brzmiała: „Bóg tego nie określił” – tę odpowiedź chciałabym dedykować osobie, która ostatnio nazwała partnerkę eksmęża „dziecioróbką”. To nie ilość dzieci w rodzinie rodzi patologię, specjaliści na pewno opisaliby inne poważniejsze czynniki.
A ostatni wniosek jest taki, że w moim lesie panuje jakiś zimniejszy klimat, bo ani mnie, ani jednej z sąsiadek nie zakwitł tego roku bez – natomiast przy głównej drodze we wsi bzy kwitły wspaniale.
13 czerwca 2013 r.

Komentarze

  1. Wbrew temu, co sądzą niektórzy, uważam religię za mądrość narodów. Oczywiście, że bywa nadużywana, wypaczana dla niechlubnych celów, ale ile w tym wszystkim głębi i psychologicznej prawdy. Podobają mi się Twoje biblijne spostrzeżenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spostrzeżenie o Mojżeszu i 40 latach świadomej wędrówki przez pustynię zawdzięczam mojemu byłemu teściowi, do innych wniosków doszłam z czasem sama. Często żartuję do mojej koleżanki z pracy, która dobrze zna Biblię Świadków Jehowy, że ja doczytałam do wersu "siódmego dnia odpoczywaj", dlatego jak tylko mogę, staram się w weekend nie pracować.

      Usuń

Prześlij komentarz