Gdy nadchodzi koniec


Witam. 
Każdego dnia, tylko w tym jednym dziale, pojawia się przynajmniej jeden nowy temat kogoś, kto czuje że coś jest nie tak, ale jeszcze ma wątpliwości, jeszcze próbuje sobie wmawiać, że "to niemożliwe", że "to nie jest tak jak myślę", że "no ale przecież..." Niemożliwe to jest podróżowanie w czasie, przynajmniej póki co, a związek to jest chemia na poziomie 4 klasy szkoły podstawowej. 
I o tej właśnie chemii, czy może o jej zaniku właściwie, będziemy sobie tutaj gawędzili, omawiając różne tego zjawiska objawy, aby każdy kolejny nowy użytkownik naszego forum, nie musiał się przebijać przez całe archiwum, setki wątków i tysiące wpisów, 
żeby znaleźć odpowiedź na pytanie, co może oznaczać, gdy mój partner z dnia na dzień zaczyna zachowywać się inaczej niż zwykle. 
Nie roztrząsamy tutaj pojedynczych przypadków i nie zajmujemy się analizą prawdopodobnych przyczyn ulatującej chemii. 
Tutaj rozmawiamy tylko i wyłącznie o tym jak rozpoznać, że nadchodzi koniec. No to może już wystarczy przynudzania i zaczynajmy smile
Na początek coś z klasyki czyli standardowe teksty, które poza tym że jest już pozamiatane, kompletnie nic nie znaczą:
"Może powinniśmy zrobić sobie przerwę i trochę od siebie odpocząć..."
Przerwa w związku zawsze oznacza jego zakończenie, tylko z różnych powodów jest to rozciągnięte w czasie. 
Takim powodem może być chęć oszczędzenia sobie przykrych scen towarzyszących gwałtownym rozstaniom.
Takim powodem może być czas potrzebny na znalezienie lub przetestowanie nowej gałęzi przed puszczeniem starej.
Takim powodem może być sprawdzanie jak zareaguje i co zrobi druga strona, czy zacznie walczyć, może jakoś bardziej się starać, co oczywiście i tak już nie ma żadnego znaczenia, bo pewne decyzje zapadły, a teraz to już jest tylko zabawa twoim kosztem.
"Myślę że to zbyt szybko się dzieje, muszę to przemyśleć i wszystko sobie poukładać..."
A ja myślę, że nie istnieją żadne normy określające przedziały czasowe, według których coś ma się dziać, 
więc kiedy ktoś słyszy taki tekst, to najprawdopodobniej autor tych słów doszedł do wniosku, że to jednak nie to i postanowił się zmyć. 
Najczęściej po "przemyśleniu" i po "poukładaniu" a więc jakieś dwadzieścia sekund później, usuwa twój numeru telefonu i sajonara.
Siedzisz i czekasz aż sobie przemyśli i poukłada, a tymczasem po drugiej stronie albo trwa szukanie nowego obiektu westchnień, albo już się znalazł i nikt o tobie nawet nie pamięta, a ty dalej siedzisz i czekasz aż przemyśli i poukłada. No to właśnie sobie układa smile 
"Czuję że w tym związku gasnę. Coś się wypaliło. Nie wiem..."
Ależ oczywiście, że wiesz. Tylko trochę dziwnie tak prosto w oczy komuś powiedzieć, że jego czas właśnie dobiegł końca.
Zwłaszcza po jakiejś dłuższej relacji w którą być może i na początku było się zaangażowanym, później niektórym się wydaje, że teraz wypada odstawiać melodramatyczne teatralne przedstawienia, bo tej drugiej osobie to się należy. Bez przesady. 
Nic nie wypada i nic się nie należy. Wypada być szczerym i należy się może odrobina szacunku, a nie jakieś błazenady i szopki.  
Zakochać się jest rzeczą ludzką, tak samo odkochać. Nie ma co robić scen. Coś się skończyło, dziękuję za miłe chwile i do widzenia.
Takie przeciąganie i przedłużanie agonii nie sprawi, że ktoś poczuje się lepiej, zwłaszcza wysłuchując tego tygodniami czy miesiącami, zamiast uciąć raz a porządnie i się rozejść każdy w swoją stronę.
A propos "wysłuchując" to naturalnie zanim padnie któryś w powyższych tekstów, najczęściej pojawiają się też inne znaki sygnały, takie jak przypieprzanie się nagle do wszystkiego (czemu zwykle towarzyszy przesadna ekspresja w wyrażaniu zdania na jakiś temat) prowokujące zachowanie mające na celu wywołanie kłótni (czemu zwykle towarzyszy wyrzygiwanie jakichś bzdur sprzed miesiąca) wszczynanie awantur bez żadnego powodu (czemu zwykle towarzyszy jakiś pretekst z dupy wzięty albo i nawet żaden konkretny) celowe i częste prowadzenie wszelkich rozmów tak, żeby tylko się pokłócić, obrazić, zarzucić focha i jeszcze najlepiej przestać się odzywać.
Bardzo często towarzyszą temu naprzemienne okresy apatii partnera, gdy akurat się nie kłócicie i jest między wami względny spokój, ale... 
Ale zauważacie, że wasz partner coraz częściej i więcej zajmuje się sobą, ostentacyjnie okazując brak zainteresowania czy wręcz znudzenie, a więc granie godzinami na konsoli, grzebanie bez końca w telefonie, uciekanie z domu pod byle pretekstem i wracanie "kiedy mi się zachce"
ignorowanie prób nawiązania rozmowy na jakikolwiek temat, nawet dotyczący czegoś co mieliście wspólnie zrobić jutro albo tam kiedyś.
Do tego wszystkiego dochodzi (nagły lub powolny) zanik kontaktu cielesnego. I tu już nawet nie chodzi o jakieś tam umizgi czy czułości, ale zwykły dotyk, choćby i przypadkowy. Zaczyna się oczywiście od unikania seksu. Kiedyś kochaliście się trzy razy w tygodniu, 
a obecnie jeden raz na trzy tygodnie i to często po długich namowach, pertraktacjach, obietnicach, szantażach, prośbach i groźbach? Normalka.
Z czasem zaczniecie unikać trzymania się za ręce, przytulania, spania w jednym łóżku, siedzenia obok siebie przy jednym stole. Już tak macie?   
Jak tak macie i nie wiecie co się dzieje, to to się właśnie dzieje. Korbka opuszczająca linę z napisem The End została puszczona w ruch.
I nie ma, że usiądziecie, porozmawiacie, zmienicie to czy tamto i będzie lepiej. Nie będzie. Lepiej już było, a teraz to jest równia pochyła.
żródło: Internet

Komentarze