Terapeutyczna moc pisania

Dla wielu rozstanie to trudna i wyboista droga, nawet jeśli oni sami podejmują decyzję o rozstaniu. Trzeba przecież zdobyć się na odwagę, by przekazać drugiej stronie swoją decyzję o zakończeniu związku, na co mało kogo stać. Znacznie częściej zdarza się, że osoba, która jest niezadowolona związku, szuka następnej gałęzi, na którą mogłaby się jak małpa przerzucić. Odchodzi więc często nie dlatego, że tak zdecydowała, ale dlatego, że uciekła w inne ramiona, które w aurze nowości wydają się o wiele atrakcyjniejsze od tych, od których odchodząca osoba w swoim mniemaniu się uwalania. A one są po prostu inne.
Jak poradzić sobie z taką sytuacją, kiedy świat wraz z odchodzącym partnerem wali się nam na głowę?
Warto w tej sytuacji docenić terapeutyczną moc pisania. Ja sama usłyszałam taką radę "Niech pani napisze do byłego męża list. Niech pani wypisze w nim wszystko, co pani czuje. Jeśli ma pani ochotę powiedzieć to niego "ty ch**u", niech pani napisze "ty ch**u". A potem niech pani spali ten list, a popiół wrzuci do toalety."
Blog ten wprawdzie powstał jeszcze przed rozstaniem i był swego rodzaju zapisem dni codziennych matki, żony i pracownika, przemyśleń i myśli wyrwanych z kontekstu, ale po rozstaniu stał się swego rodzaju terapią, dzięki której porządkowałam swe emocje i dawałam im upust. Nader często był pisany pod wpływem bieżącej chwili, nagłych wydarzeń. Miało to swoje dobre i złe strony. Dobre - bo pozwalało na szerokie interakcje z czytelnikami, często miłe uwagi, ogrom wsparcia, zwykłe ludzkie zainteresowanie, wymianę maili, nawet przeniesienie znajomości do prawdziwej rzeczywistości. Złe - bo od początku wtedy-jeszcze-mąż i jego kochanka interesowali się moją osobą i moimi przemyśleniami, co zresztą trwa do tej pory, bo nadal są stałymi czytelnikami tego bloga, co po tylu latach od rozstania dziwi. Z ich strony spotkała mnie tylko krytyka, niezrozumienie, wywyższanie się i akcentowanie moich rzekomych ubytków umysłowych z powodu choroby.
Stopniowo więc blog przekształcił się w mini-poradnik o radzeniu sobie z rozstaniem, wynik wielu przestudiowanych przeze mnie książek, filmów i wykładów. Wiedzę najpierw przerobiłam w praktyce na własnej osobie, potem zapoznałam się z literaturą dotyczącą tego, przez co przeszłam.
Z perspektywy czasu nie żałuję, że pisałam bloga. Stanowczo więcej było plusów niż minusów. I ponieważ blog wciąż jest czytany, wiem, że może stanowić wskazówki dla innych osób.

Komentarze

  1. Zgadzam się, że plusów pisania bloga jest więcej niż minusów, choć i ja zetknęłam się z hejtowaniem przez najbliższą osobę. To uświadomiło mi, że jednak trzeba nieco się hamować w swoich wynurzeniach, a niełatwo o to, gdy pisze się w emocjach, pod wpływem chwili. Chociaż więc jestem gadułą, staram się nie przesadzać, mimo że mój główny i osobisty hejter - były mąż już nie żyje.
    Bardzo cenię terapeutyczną funkcję blogowania - choćby tylko to, że gdy dopadnie pustka, można zająć się jego ozdabianiem czy zmianą ustawień. Taka zniżka formy skłoniła mnie do powrotu na blogowisko.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz